1. Śnieg, mróz, zawierucha. Odette
Popijam kawę. Na okrągłym hebanowym stoliku leżą zapisane serwetki. Za oknem rozpętało się prawdziwe, śnieżne piekło. Siedzę, piszę po serwetkach, sączę kawę i mimowolnie myślę o Tobie. Bo wiem, że jesteś niedaleko, że na mnie czekasz. W końcu mnie zaprosiłeś. W końcu obietnice spotkania na mnie wymusiłeś. Ale ja nie mam odwagi. Wolę pozostać w cieniu, wolę być tą samą Odette, którą jestem od lat osiemnastu. Tak cichą, że aż obrzydliwie przewidywalną. Chyba Ci to nie przeszkadza?
Mijają kolejne minuty. Moje odruchy mnie zaskakują. Nogi podrygują z zniecierpliwieniem, jakby chciały, żebym wstała. Żebym się z Tobą spotkała. Sprzeciwiam się swojemu ciału, swojej duszy także. Prowadzę ze sobą mentalne awantury. Ślę sobie wiązanki, że aż wstyd. Chcę się wyzwolić spod tego uczucia, ale Ty założyłeś na mnie jakieś kajdany. Mam Cię tak bardzo dość Black, że zastanawiam się, czy można kogoś bardziej nienawidzić, niż ja nienawidzę Ciebie w tej chwili. Dlaczego mi to wszystko robisz?
Żądam odpowiedzi, już nie proszę!
Podnoszę filiżankę i jej krawędź przytykam do ust. Krztuszę się fusami. Przeklinam po ciuchu, rzucam filiżance mordercze spojrzenie. Zgarniam wszystkie zapisane serwetki, zgniatam, kładę w popielniczce, wypowiadam zaklęcie, macham różdżką. Nie ma. Po mojej powieści pozostała kupka popiołu. I tak się do niczego nie nadawała, tak samo jak ja. W końcu beznamiętne nic, nie może być obdarzone talentem. Wstaję, zakładam ciężki, zimowy płaszcz, w koszmarnym zielonym kolorze. Otwieram drewniane drzwi i słyszę dźwięk dzwoneczka, który nimi potrąciłam. Wychodzę. Idę przed siebie brodząc w wysokich zaspach, wymijam innych, klnąc w duchu, że w ogóle muszę to robić. Moje serce podskakuje mi do gardła za każdym razem, kiedy ktoś mnie dotyka. Nie lubię tego. Boję się tego.
Widzę ławkę na końcu drogi. Siedzisz tam. Opierasz się łokciami o swoje kolana i patrzysz się na swoje stopy. Wyglądasz żałośnie. Tak inaczej niż zwykle. Wyglądasz na załamanego? Nie wiem. Nie umiem tego określić. Nieświadomie przyspieszam kroku, zaczynam biec. Dostrzegasz mnie, a ja się zatrzymuję. Wstydzę się tego, że biegłam. Patrzysz na mnie w ten swój zwykły sposób i lekko się uśmiechasz. W Twoim spojrzeniu jest tyle… nadziei. Idę kilka kroków dalej. Jeszcze parę. Staję obok ławki. Wskazujesz mi miejsce obok siebie, a ja posłusznie siadam.
- Nie myślałem, że przyjdziesz. – Mówisz mi i znowu się uśmiechasz. Zalewam się szkarłatnym rumieńcem i opuszczam głowę. Wpatruję się w swoje dłonie, które zdążyły niezdrowo poczerwienieć i posinieć na czubkach palców, od mrozu. Jest chyba ze dwadzieścia stopni poniżej zera. Ignoruję ich stan i nie odwracam od nich wzroku.
- Ja też. – Szepczę cicho, tak że chyba z ledwością mnie słyszysz. Czuję gorącą krew buzującą mi w policzkach, modlę się, aby spłynęła do przemarzniętych dłoni. Nagle poruszasz się i wkładasz ręce do kieszeni. Wyjmujesz rękawiczki, kładziesz je na ławce pomiędzy nami. Podnoszę głowę i spoglądam na Ciebie. Cały czas się uśmiechasz. Nie, nie ironicznie, nie łobuzersko, po prostu ciepło.
- Dziękuję. – Krzywię się lekko na dźwięk swojego zachrypniętego od emocji głosu. Ale tym razem nie uciekam wzrokiem. Zahipnotyzowałeś mnie swoim spojrzeniem. Tyle w nim troski i uczucia, tyle ciepła i nawet trochę rozbawienia.
Zaczynam zakładać skórzane rękawiczki. W środku są ciepłe, wypełnione jakimś futerkiem. Miękkie i przyjemne. Przechodzą mnie ciarki. Są też za duże, moje dłonie wyglądają w nich śmiesznie. Stają się nieproporcjonalne względem reszty ciała. Uśmiecham się pod nosem.
- Co jest takie zabawne? – Pytasz mnie, a ja zastanawiam się nad odpowiedzią. Bo tak naprawdę wszystko wydaje się być zabawne. Śmieszne. To, że siedzę tutaj, obok Ciebie. To, że mam na rękach Twoje skórzane rękawiczki. To, że jeszcze nie uciekłam.
- Wszystko. – Odpowiadam znowu zbyt cicho. Czuję, jak ze zdenerwowania wali mi serce. Nie mogę tego zatrzymać, uspokoić, pokonać. To cała ja. Lekko nadwrażliwa, rozhisteryzowana Odette.
Idziemy razem, ramię w ramię w stronę bramy Hogwartu. Nie rozmawiamy zbyt wiele, raczej milczymy. Chyba Ci to nie przeszkadza. Milczenie nas nie krępuje, jest raczej komfortową sytuacją, bo nie mam Ci zbyt wiele do powiedzenia.
Wchodzimy na zaśnieżone błonia. Biały puch skrzy się w świetle gwiazd i księżyca. Jest pięknie wokół nas. I w tym pięknie jesteśmy zupełnie sami. Ja i Ty. Dwa różne charaktery, co najgorsze, tworzące niesamowitą harmonię. Szukam w tym niezrozumieniu jakiegoś sensu, ale nie widzę. Staram się odeprzeć od siebie te wszystkie pytania. Staram się nie myśleć o tym, jak bardzo my dwoje tu pasujemy. Mimo wszystko chciałabym, mogłabym tu z Tobą tkwić całą wieczność.
Weszliśmy do sali wejściowej. Jest bardzo jasno, zbyt jasno. I tak ciepło. Czuję mrowienie w palcach u stóp i w policzkach. Kryształki Twojego zamarzniętego oddechu zaczynają topnieć na Twoim szaliku. Twoje szare oczy błyszczą w blasku chyba tysiąca świec. Przyglądasz mi się z zaciekawieniem. Nie śmiem jednak zapytać „dlaczego”. Zdejmuję Twoje rękawiczki i chcę ci je podać. Powstrzymujesz mnie gestem dłoni i się uśmiechasz - troszkę szelmowsko. Nachylasz się nade mną, a ja wstrzymuję ze zdenerwowania oddech.
- Muszę mieć pretekst, Odette. – Mruczysz mi do ucha. Serce mi się zatrzymuje, chwilę później zaczyna bić dwa razy szybciej. Czy to słyszysz? Mam nadzieję, że nie.
- Dobranoc panienko Alistaris. – Dodajesz, a ja czuję na policzku Twój ciepły oddech. Stoję cała skamieniała i czekam, aż pozwolisz mi ożyć. Odsuwasz się ode mnie, posyłasz jeszcze jeden ciepły uśmiech i odchodzisz. Zostawiasz mnie zupełnie samą, nieświadomą tego, jak potwornie głupio muszę wyglądać.
Ponownie dziękuję za ciepłe komentarze. Za krytykę także. Przepraszam za tak długą zwłokę, ale szkoła była ważniejsza.
komentarze [24]